wtorek, 1 listopada 2011

Opowiadania Fantasy-Sipactonal I

Email Edytuj post

Opowiadania Fantasy

 

Sipactonal I

“I uniósł Słoneczny Pan swoją dłoń
dzierżącą wółcznię z kryształem od Pana.
A wtedy tłumy zawyły.
Potem zaś wskazał na kobietę
siedzącą w skupieniu na kamiennym tronie,
i prosił Boga,
by zechciał spojżeć na wybrankę,
którą mu przygotowano.
Gdy słońce wstąpiło w zenit
Wielki Pan ukazał swe oblicze,
i wyciągnął słoneczną rękę.
A kobieta zamieniwszy się w popiół,
Wzniosła się ku niemu
niesiona podmuchem południowego wiatru.”*


*(ze zwojów z Xichuacopan)

Czas.
Pan życia.
Nie mający granic, początku ni końca.
Władca wszystkiego co żyje.
Sprawiedliwy dla królów i niewolników.
Nie dający się zatrzymać ani przekupić za żadne skarby świata.
Biedni i bogacze nie wybłagają u niego nieśmiertelności.
Dlatego jest wszechmocny.

Nie pamiętam dokładnie kiedy się to zaczęło, ale wydaje mi się że musiało to być bardzo dawno. Dziwne. Jak ludzka pamięć może być ulotna… Znikąd pomocy. Pomarli ci, którzy byli świadectwem tamtych czasów. Niewiele pozostało mi w głowie. Wiem tylko, że wszystko wydarzyło się tu, na Ziemi Indyka gdzie słońce przygrzewa najmocniej a ziemia wydaje obfity plon. Tak przynajmniej twierdzili niektórzy. Nikt jednak nie potrafił określić czasu jaki przeminął od tamtych wydarzeń.
Podobno dzień od którego wszystko wzięło początek był taki jak dziś, upalny i wilgotny…


Słońce wisiało na niebie od dobrych kilku godzin sprawiając iz powietrze stawałoło się ciężkie i trudno było oddychać. Kilkudziesięciu ludzi przedzierało się mozolnie przez deszczowy las, lecz nie przejmowali się oni tymi niedogodnosciami. Byli wojownikami. Najlepszymi z najlepszych. Marsz przez leśne zarośla już nie raz hartował ich ducha i sprawiał, że stawali się coraz silniejsi. Nie szli na oślep. Mieli cel, który chcieli osiągnąc za wszelka cenę. Szukali ukrytych pośród zarośli drzwi. Tajemnego przejścia, które pomoże im dostać się tam, dokad pragną.
Prowadził ich przewodnik, mały cherlawy człowieczek o ospowatej twarzy, który bładząc w leśnych odmętach przystawał co chwila szukając odpowiedniej drogi, dla całedo pochodu wojowników ciągnących za nim w luźnym szyku. Lecz w pewnym momencie przewodnik odnalazł trop i powolny dotychczas marsz nabrał wyraźnego tempa. Po kilku chwilach cała wyprawa dotarła do niewielkiego wzniesienia, obficie porośniętego różnoraką roślinnością i wtedy mały człowieczek zatrzymał się. Rozejrzał się roz jeszcze na prawo i lewo po czym rzekł uradowanym głosem.
- To tutaj.
Towarzyszący mu mężczyźni dobyli mieczy i ochoczo zabrali się do rąbania szerokiego przejścia pośród licznych pnączy szczelnie okalających to miejsce. Wkrótce oczom zebranych ukazały się niewielkie drzwiczki z wyrytym na nich dziwnym symbolem ptaka o rozwartych skrzydłach.
Mały człowiek podszedł ku nim, zdjął uwiązany na szyi okrągły klucz i włożył go w głęboki otwór po środku prawego skrzydła. Chwilę potem przekręcił ręką w lewą stronę a wtedy niewielkie kamienne drzwi otworzyły się ze zgrzytem, ukazując zebranym swe ciemne jak noc wnętrze. Zapalono pochodnie i po chwili kilkunastu wojowników uzbrojonych w długie, wykute w brązie miecze weszło ostrożnie do środka znikając w czeluściach długiego, słabo oświetlonego korytarza.
Reszta wojowników stała w progu czekając cierpliwie na dalsze rozkazy. Po chwili w drzwiach ukazał się mężczyzna około lat czterdziestu, przystrojony w złotą maskę, która okrywała mu lewą połowę twarzy. Bogaty strój z widocznym na pelerynie słonecznym znakiem zdradzał jego wysoką pozycję. W prawej dłoni dzierżył długą drewnianą laskę z tajemniczym kryształem na końcu złotej, gwiaździstej głowni którą podpierał się podczas chodzenia. Zamyślony przystanął w ciemnościach jakby obawiał się wejść w głąb tajemniczego miejsca. Jasnoniebieskie oko powoli przyzwyczajało się do panującego wewnątrz półmroku. Tuż obok niego stał ów mały człowieczek, przewodnik o wyrazie twarzy zaszczutego lisa, który umizgując się Jednookiemu rzekł wyraźnie podniecony.
- To tutaj Słoneczny Panie.
- Jak daleko – zapytał Jednooki mocnym, władczym głosem.
- Czterysta kroków do krawędzi muru, później jakieś dwieście – odpowiedział tamten onieśmielony bliskością wodzowskiej postaci.
Mężczyzna spojrzał na niego swym jedynym okiem w taki sposób, iż cherlaka ogarnął przenikliwy strach, a jego wystraszone oczy, obawiające się spotkania ze wzrokiem człowieka w masce utkwiły w jednym, martwym punkcie na ziemi..
- Idź pierwszy - odezwał się Jednooki.
Ludzie z pochodniami podążyli przodem, oświetlając ciemny korytarz, który po kilkunastu krokach gwałtownie skręcił najpierw na wschód by później łagodnie skręcić w drugą strone. Mężczyzna w masce szedł pewnym krokiem, mijając wyprężonych na baczność wojowników stojących w szeregu wzdłuż świątynnego korytarza. Kolorowe malowidła pokrywające wilgotne ściany migotały oświetlone w blasku pochodni. Były tam ptaki tańczące wesoło pośród kwitnącej łąki i mnóstwo tajemniczych postaci pląsających ochoczo w zielonych konarach drzew.
Długi korytarz kończył się kamiennymi schodami piętrzącymi się niemal pionowo w górę. Kręta ścieżka kończyła się przy niewielkich kamiennych drzwiczkach, obok których widniało namalowane na ścianie stado kolorowych ptaków.
- Otwieraj! – rozkazał Jednooki.
Wówczas mały człowieczek dotknął postać niebieskiego ptaka i silnym ruchem wepchnął ją wgłąb gładkiej ściany. Głuchy trzask rozszedł się zaraz po wilgotnych korytarzach a wrota przed którymi stali obaj mężczyźni łagodnie otworzyły się wzniecając wokoło odrobiny kurzu zaległe od lat w wąskich szparach obydwu skrzydeł.
Wyszedłszy z ciasnego korytarza jednooki wojownik stanął w niewielkiej, jasno oświetlonej sali. Na wysadzanej kolorową mozaiką, wilgotnej posadzce klęczeli mężczyźni zwróceni twarzami w stronę wielkiego, ciemnobrunatnego wizerunku wszechmocnego boga wyciosanego pracowicie przez tutejszych kamieniarzy. W kątach stały dzbany, gliniane misy wypełnione różnorakim pożywieniem i kwiaty, mnóstwo kolorowych kwiatów porozrzucanych bezwładnie po posadzce. Nad kamiennym ołtarzem znajdującym się u stóp postaci pochylał się siwy mężczyzna, odziany w długi jasnozielony płaszcz spływający aż po samą ziemię. Starzec unosił wysoko ręce kłaniając się przy tym nisko, po czym donośnym głosem wygłaszał chwalebne modły:
- Dawca Życia, kwiatami maluje świat, blaskiem okrywa wszystko co …. .
Usłyszawszy jednak zamieszanie za swoimi plecami odwrócił swój zamyślony wzrok w stronę jednookiej postaci, która stanęła nieopodal.
- Boski Lamak ma zasmuconą twarz – wykrzyknął Jednooki. - Palatuapi nie złożyło darów!
Zaskoczony niespodziewanym wtargnięciem starzec złowrogo zmarszczył brwi, w wielkim grymasie niezadowolenia, po czym bez ostrzeżenia wrzasnął.
- Jak się tu dostałeś!. … Jak śmiałeś wejść do tego świętego miejsca! Zbeszcześciłeś nasz święty przybytek!
Kiedy jednak pospieszył ku jednookiej postaci jego uwagę zwrócił mały kryjący się za nim człowieczek.
- Omekan!. … Tyyy! … Podły psie! …- wrzasnął starzec, próbując jednocześnie dosięgnąć skrywającego się mężczyznę.
Chciał pochwycić z tłumu nikczemnika, lecz Jednooki uprzedził zręcznie jego ruch i odepchnął starca, który zatoczył się do tyłu i z łoskotem upadł na kamienną posadzkę.
- Zostaw nędzny głupcze! – odwzajemnił się Jednooki … - Potężny Lamak ma smutne oblicze. Twoje miasto nie złożyło należnego hołdu. … To nie była słuszna decyzja – powtórzył nieco łagodniejszym tonemi.
- Cha, cha, cha. …Nie pojąłeś jeszcze panie - odparł groźnie staruszek. - Nie będzie więcej darów!
Kilku kapłanów zgromadzonych w świątyni podbiegło wnet ku niemu by pomóc mu wstać i chwilę potem starzec poprawiwszy rozwichrzone włosy dumnie przybliżył się ku nieproszonemu gościowi.
- Ja Anu, król Pachila i najwyższy kapłan w Palatuapi oznajmiam Tobie … KONIEC z daniną!
- Zapominasz do kogo mówisz! – rzekł Jednooki wojownik.
- Wiem dobrze. … Mój waleczny Tunaku. Lud Pachila nie będzie dalej korzył się przed plemieniem Xibala… Dosyć! ... Owładnęła Wami tajemna siła, która karze zabijać. Wyrzeknijcie się jej zanim bogowie odwrócą swój wzrok od waszego ludu.
Jednooki stał w osłupieniu i z zadziwieniem wsłuchiwał się w słowa starego Anu, wymachującemu dosadnie rękami. Jednak w pewnym momencie napięte nerwy puściły i Tunak z hukiem ryknął na władcę.
- Oszalałeś nędzny człowiecze! … Jesteś mym lennikiem. Nie tobie decydować o losach narodów. … To boski nakaz. … Mój nakaz.
- Cha, cha, cha – zaśmiał się stary kapłan. … - Tyle mówicie o dobroci bogów, lecz cóż to za bogowie tarzający się we krwi swych wyznawców. Precz Tunaku! Nie będzie więcej danin! Nie będzie więcej ofiar! Na próżno tu przybyliście. Taka jest nasza wola. Odejdźcie stąd i dajcie nam żyć w pokoju.
- Cha, cha, cha, - zaśmiał się jednooki wojownik i zbliżywszy się o kilka kroków do Anu z szyderczym uśmiechem rzekł:
- Czcigodny królu Anu. … Bogowie stworzyli Xibala, aby zapanowali nad wszelakimi ludami. Pachila, Karido, Culkan to tylko elementy boskiej układanki. Nie my prośilismy o tę łaskę. Zostaliśmy wybrańcami. Namaszczono nas a my …, my tylko wykonujemy boską wolę. Którz karze tobie składac ofiary z pachnących kwiatów, kolorowych ptaków i pożywienia? … Bogowie. W imię kogo posyłasz setki wojowników by podbijali pogańskie ziemie a Tobie przysparzali bohaterstwa i chwały. … Czyż nie w imię bogów? … Drogi Anu . Oni także zawładnęli Twoją duszą… .
- Lecz … – przerwał Anu – … nigdy nie karzą zabijać kobiet i mężczyzn dla własnej uciechy, tak jak wy to czynicie. Jesteśmy ludem miłującym pokój. … Nie to co wy … barbarzyńcy.
Jednookiemu zapłonęły oczy.
- Masz jaszczurczy język starcze – syknął wojownik – i niewdzięcznie kąsasz nim jak wściekły zwierz. Zapomniałeś , kto dał Ci władzę nad ludem Pachila. Byliście tylko ludem śmierdzących rolników, a ty starcze pasterzem tego brudnego motłochu. To dzięki mnie zostałeś tu przywódcą. Teraz nie warcz, wściekły psie, bo karze odciąć Ci ten twój plugawy język.
- Dość! – wykrzyknął z całych sił stary król – Znieważono króla! … Straż! Bierzcie ich! Zabijcie wszystkich!
Na ten głos kapłani i dostojnicy króla zebrani w świątyni dobyli mieczy i z wrzaskiem rzucili się na wojowników Xibala chcąc pomścić obrazę swego władcy. Wybuchła szamotanina która wnet przerodziła się w nierówną walkę, w której nie szczędzono ani sił ani ofiar. Pod ciosami mieczy padli pierwsi zabici, wielu zaś ciężko poranionych legło u stóp zimnego, kamiennego boga. Po chwili widać już było że wysiłki Anu nie dorównują przewadze wojowników Jednookiego.
- Zwiążcie ich dobrze – zakrzyknął Tunak Pan.
Stary król otumaniony przegranąnie stawiał już oporu. Zrezygnowanego spętano grubymi wiązami i brutalnie doprowadzono przed oblicze Jednookiego. Ten zaś, uśmiechnął się szyderczo poczym rzekł:
- Co powiesz teraz czcigodny władco? … Siła i bezwzględność …to cechy których pożądają bogowie. Myślałeś, że łamiąc ustalone prawo unikniesz odpowiedzialności. Twoja krótkowzroczność zaczyna mnie przerażać. Bogowie odwrócili się od ciebie.
- Oby bogowie dojrzeli całe zło, które wylewa się z Twojej duszy Tunaku. – rzekł Anu.
- Popamiętasz mnie jeszcze i pożałujesz że sprzeciwiłeś się mojej woli. – powiedział Jednooki. …Zabierzcie stąd to truchło.
Anu i pozostałych przy życiu kapłanów wywleczono siłą przed świątynię. Mieściła się ona na szczycie kilkudziesięciometrowej piramidy która swoją wielkością przewyższała wszystkie budynki w Pataluapi- stolicy ludu Pachila. Z jej szczytu rozciągał się wspaniały widok na całe miasto, z jego niskimi domami, świątyniami, targowym placem na wschodzie i całą pokrytą zielonym tropikalnym lasem okolicą.
Pośród obelg i poszturchiwań wywleczono jeńców na prostokątny plac znajdujący się na szczycie piramidy, gdzie Anu odprawiał swe modły. Wypchnięty z przyciemnego świątynnego gmachu król upadł ciężko na kamienne posadzkę. Blask południowego słońca oślepił jego stare oczy. Instynktownie rozejrzał się wokół siebie. Cały szczyt zapełniony był wojownikami trzymającymi w dłoniach prostokątne, jaskrawoczerwone tarcze z namalowanym na nich czarnym znakiem Xibala. Kilku strażników pilnujących świętego przybytku leżało martwych na szerokim placu. Nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc. Ponad świątynią, niczym wielkie czerwone latawce unosiło się kilka kajmari- latających statków, lekkich i zwrotnych, które już samą swoją obecnością wzbudzły strach i respekt pośród mieszkańców wszystkich plemion.
Jednooki skinął ręką, a jeden z powietrznych statków nadleciał zaraz ponad świątynię i zatrzymał się nieopodal jej zachodniej krawędzi. Z jego pokładu zaczęto wnet opuszczać drewnianą platformę, która po krótkiej chwili zawisła kilka stóp nad świątynnym placem.
- To Twój żałosny koniec Anu – rzekł Jednooki, prowadząc skrępowanego króla na skraj lśniącej w słońcu piramidy. … - To droga w jedną stronę. Stamtąd nie ma powrotu.
Starzec wytarł zakrwawioną twarz i spojrzał w dół. Dziesiątki szerokich na kilka łokci kamiennych schodów prowadziło do samej ziemi. Tą drogą on Wielki Anu wspinał się co dnia, aby podziękować bogu za chojność i łaskawość dla swego ludu. Teraz upokorzony stał na szczycie i po raz ostatni patrzył na rozległe połacie swego królestwa.
Jednooki przyglądał mu się z zaciekawieniem, po czym szepnął:
- Gdzie są twoi poddani. Spójrz na nich … lękają się, są słabi. … Gdzie ich lojalność, bohaterstwo, oddanie? Nie zaszczepiłeś tych cech wśród swego ludu. Tchórzliwe plemię! Zobacz! Teraz, gdy jesteś w potrzebie opuścili Cię. Nikt nie próbuje ratować Twego nędznego życia. … Śmiertelni i bogowie, … wszyscy odwrócili się od ciebie.
Rzeczywiście ani wojownicy, ani zwykli mieszkańcy Wielkiego Miasta nie próbowali nawet walczyć o życie swego króla. Byli przerażeni i przygnębieni zarazem. Strach paraliżował ich umysły i krępował im ruchy.
- Cały Twój lud – ciągnął dalej Tunak – zamieni się wkrótce w niewolników albo wymrze jak bydło bez wody. … To twój bóg pozwolił na to. Wzgardziłeś naszą wiarą, teraz odpowiesz za to głową.
Król Anu stał w milczeniu spoglądając na ludzi stojących u podnóża wielkiej piramidy. Jego siwe włosy rozwiewał wiatr a oczy wpatrzone były w dal szukając nie nadchodzącego z nikąd ocalenia. W oddali słyszał krzyki swoich kapłanów, wciąganych siłą na pokład kajmari, pośród krzyków wojowników smagajacych batami ciała opornych.
- Dary zostały przyjęte – rzekł z drwiną Jednooki. – Niedługo oddadzą swoje serca.
- Tunaku! – odezwał się niespodziewanie król. – Bogowie nas nie opuścili. … To wy Xibala zapomnieliście o dawnych obyczajach w których ludzie i bogowie żyli w pożądku i harmonii. Wiedz bowiem, że Oni nie potrzebują ludzkiej krwi do istnienia, bo wiele lat przed nami czerpali z natury swoje siły by istnieć. Wasi krwawi bogowie i Wy toczycie ten świat ku zagładzie, … do całkowitego upadku. … Jak robaki pażeracie owoce ludzkiej pracy. Lecz ostrzegam cię Tunaku. Robaki, gdy tylko zabraknie im pożywienia mają w zwyczaju pożerać siebie nawzajem. … Jestem już stary. Moje życie i tak dobiega końca, ale odchodzę w nadziei, że ludy tego świata odpłacą wam za całą niegodziwość.
Anu stał w skupieniu, spoglądajęc z góry na przerażonych poddanych. Przez głowę przechodziło mu tysięce myśli. „Dlaczego nie próbują walczyć?” Czyż przez te wszystkie lata był dla nich zbyt srogi? Przecież karmił ich i opiekował się nimi, wygrywał dla nich wojny i zawierał korzystne traktaty. Dlaczego teraz nie robią nic by mu pomóc.
Jednak było coś, co przykuło nie tylko jego uwagę.
Jakiś młody mężczyzna biegł co sił główną aleją miasta. Potem dalej w górę po kamiennych schodach. Trzymając w dłoni drewnianą pałkę wspinał się szybko na szczyt piramidy. Za nim, jakby poniesieni okrzykiem zaczęli biec inni ludzie. Młodzi i starzy. Najpierw dwóch, trzech, czterech, później całe mrowie. Głośne pokrzykiwania poniosły tłumy chcące w tej chwili pomścić zniewagę swojego króla.
- Omekanie – zawołał Tunak – Cóż to za szaleniec śmiał podnieść rękę na swego władcę.
- To Sakagun panie ….
- Zamilcz! – przerwał mu szybko Anu.
- … syn Anu – dokończył służalczo Omekan.
- Syn powiadasz… - wymamrotał Jednooki.
Wnet na jego rozkaz kilku wojowników poczęło zbiegać rychło na dół, chcąc powstrzymać napierających nieprzyjaciół. Wtedy to stary Anu, widząc wielkie zamieszanie z uśmiechem zwrócił się do Jednookiego.
- Spójrz! Jakże myliłeś się co do mego ludu Tunaku synu Lamaka. Miłość mych poddanych skruszy łańcuch którymi spętałeś mnie i moje plemię. Cha, cha,cha, … to początek Twego upadku.
Coraz liczniejsze szeregi zbuntownych parły na szczyt. Wnet wzbił się wielki tuman kurzu a krzyki mordowanych rozniosły się echem po całym mieście. Młodzieniec z furią parł naprzód kładąc trupem każdego z wojowników chcących zastapić mu drogę. Kajmari - Latające Ptaki o czerwonych żaglach na rozkaz Jednookiego rozpostarły boczne maszty, kierując swój lot nad świątynię. Łucznicy z pokładu poczęli celnie razić walczących w dole wojowników. W panicznym strachu mieszkańcy Palatuapi poczęli rozbiegać się po domach szukając schronienia przed gradem strzał i rzucanymi z góry płonącymi glinianymi pojemnikami, wypełnionymi oliwą, które niczym niebiańskie pioruny wzniecały pożary na zatłoczonych uliczkach Palatuapi.
- Ludu Pachila! – wrzasnał nagle Anu. - Unieście miecze i zatopcie je w ciałach swych przesladowców. Wybijcie Waszych ciemiężycieli. Zadepczcie Miasto Zła, z którego się wywodzą i z którego wypełzają by kąsać Wasze dzieci … .
- Dość! – zawarczał Jednooki – Zabierzcie go!
Starzec wykorzystał zamieszanie i skutecznie wyrywał się z uścisku Tunaka. W szaleńczym pędzie począł zbiegać po schodach w stronę walczących. Jednak po kilkunastu jednak krokach zachwiał się i runął w dół. Ciało króla ugodzone strzałą bezwładnie osunęło się po stopniach kamiennych schodów.
„Nieee!” zawył nagle przeraźliwy głos. Sakagun dopadł ciała i z całych sił przycisnął je do swojej piersi. Gładząc siwe włosy, całował twarz swego starego ojca, która nie dawała już oznak życia.
- Ojcze, ojcze, zbudź się wreszcie - zapłakał… . Dzielny Królu Anu boski Strażniku …, synu zrodzony z naszej płodnej ziemi …wzywam Cię … Ja … Twój syn … . Aaaaaa!!!! Niiieeeee! … Pomszczę Cię drogi Ojcze. Dopuki ta ziemia nosić mnie będzie przeleję morze krwi Twych wrogów. Pprzewrócę świat do góry nogami i rozpalę pożar którego nie zgasi żaden śmiertelnik.
Mężczyzna rozpaczliwie przyciskał zakrwawione ciało starca. W żalu i rozpaczy zatracił poczucie czasu. Walka tymczasem dogasała. Xibalscy wojownicy dopadli go i kopniakami powalili na kamienne schody. W ruch poszły drewniane pałkami i chwilę potem młody Sakagun leżał nieprzytomny tuż obok zakrwawionego ciała swego ojca.
- Głupi Anu – westchnął cicho Tunak - Masz czego chciałeś. … Teraz to Twoje miasto … Omekanie.
- Będę zawsze Ci wierny o słoneczny Panie – przymilał się człowieczek.
Tunak Pan uśmiechnął się i ponownie zwrócił się do Omekana.
- To syn tego buntownika Anu. … Nie chciałbym by pamiętał co wydarzyło się tu dzisiaj.
- Rozumiem – odparł tamtan. – Niedługo i jego mogiła zarośnie chwastami.
- Cha, cha, cha … - zaśmiał się szyderczo Tunak Pan i poklepując go poufale po twarzy rzekł - Podobasz mi się Omekanie – władco Palatuapi.
- Służenie Tobie panie jest zaszczytem – zrewanzował się Omekan i zaraz po tym także buchnął radosnym śmiechem.
- Zatem nic tu po nas. … Wracamy do Xichuacopan! – zakrzyknął Tunak Pan.


Jasny księżyc błyszczący nad wielkim, dostojnym miastem oświetlał niczym rozrzażona pochodnia jego długie ulice. Pomimo późnej pory ludzie tłumniewylegli z zacisznych wnetrz swych ceglanych domów i odziani w odświętne stroje podążali w kierunku centralnego punktu swojej stolicy.
Mass Masur miasto chwały i walecznych wojowników plemienia Wajkunów obchodziło dzisiaj sew doroczne święto – Święto Dziewic. Było ono tak stare, że nawet najstarsi nie pamiętali jego początków. Dumni i rozweseleni ludzie, okryci w długie szaty maszerowali wraz ze swymi dziećmi by podziękować bogom za szczodrość i pomoc w wychowaniu potomstwa. Prowadzono także młode dziewczęta by ofiarować je pod opiekę bogini dostatku, wielkiej Nai-Mataukal, symbolizującej płodność i rodzinne szczęście. Do niej to modliły się wszystkie kobiety błagając o rychłe zamążpójście i spokojny połóg.
Święto Dziewic było także bramą do dorosłości. Młode dziewczęta uczestnicząc w tajemnych obrzędach stawały się kandydatkami na żony lub kapłanki. Mogły zawierać związki małżeńskie lub ofiarować swe życie w służbie któremuś z licznych bogów. Od tej pory stawały się dorosłe i mogły same decydować o swym losie.
Ludzie poczęli gromadzić się na wielkim placu nieopodal pałacu swego władcy, który rządził królestwem przeszło 20 lat. Nie był władcą szczególnie zdolnym, jednak spokój i dostatek który panował za jego rządów czynił posłusznymi wszystkich jego mieszkańców. Jednak jego królestwo podobnie jak wiele innych w znanym świecie, nie rządziło się same. Za sprawą wojowników z północy zatraciło samodzielny byt. Po przegranej wojnie Mahalok, władca Mass Masur zmuszony został do podpisania Wielkiego Pokoju i przyłaczenia się do Ligii, wspólnoty państw-miast pod rządami wielkiego Tunak Pana, jednookiego władcy Xibala. Od tamtej pory jego naród miał być posłusznym woli z zewnątrz.
Tego wieczoru jednak polityka obca była wszystkim. Lud zebrany na głównym placu wokół wielkiego ogniska oczekiwał na znak do rozpoczęcia święta. Kapłani i urzędnicy wylegli tłumnie ze swych dostojnych siedzib i w asyście straży rozsiedli się na wysokim podeście czekając na swego królewskiego opiekuna.
Po chwili przybył i on. Ciężka postać stąpała twardo po ziemi, a bystre jak na swój wiek oczy rozgladały się ciekawie dookoła. Gruby nos i obfite wargi dodawały postaci wielkiego, mistycznego wyrazu. Długie, białe niemal włosy sięgały mu do ramion okrytych krótką, jasnozieloną peleryną spiętą fantazyjnie na piersiach złotym liściem.
Kiedy doszedł do wielkiego tronu, zebrani poddani padli na kolana, a dostojni męzowie pochylili skronie. Król także odwzajemnił szacowne przywitanie i szerokim uśmiechem nagradzał oddanych druhów i przyjaciół.
- Chwała Mahalokowi, władcy Wajkunów – zabrzmiały donośne okrzyki.
- Chwała! Chwała! – zawył tłum, a ludzie stanąwszy na nogi poczęli wiwatować na jego cześć wymachując ochoczo przyniesionymi kwiatami i długimi, barwnymi piórami których wyrobem szczyciło się to miasto.
Władca błogosławił przybyłym tłumom i zaraz potem wesołym głosem zawołał:
- Zaczynajmy święto!
Zagrzmiała muzyka. Głośna i rytmiczna, która weseliła serca i umysły zebranych ludzi. Na plac oświetliny jasnym ogniskiem wybiegli mężczyźni z nagimi torsami udekorowanymi wspaniałymi malunkami, z pióropuszami na swych skroniach i zaczęli miarowo podskakiwać w rytm muzyki. Zwinne ciała prężyły się w blasku ognia, a torsy ociekające wonną oliwą naprężały w tańcu każdy mięsień. Tancerze jęli przeskakiwać przez płonące szczapy, mocować się ze soba i udawać wojenne pojedynki trzymanymi w dłoniach drewnianymi pałkami. Trwało to krótką chwilę. Zaraz potem muzykanci zmienili rytm, który stał się teraz bardziej łagodny i spokojniejszy. W podrygującym pląsie na scenę weszły młode dziewczęta. Półnagie dziewice z zakrytymi cienkim materiałem głowami. Poczęły tańczyc i popisywać się swymi wdziękami. Zaraz ku nim w tanecznym kroku dobiegli mężczyźni i kolejno zrzucali z ich twarzy owe zwiewne nakrycia.
Dziewczyna stojąca najbliżej królewskiego tronu tańczyła sama pośród wszechobecnej radości. Twarz miała jeszcze zakrytą, lecz jej figura znana była królowi od dawna. Kiedy zerwano z jej głowy przeźroczysty woal Mahalok aż zapiszcał z radości. Była to Antija, jego córka-jedynaczka. Długie czarnokrucze włosy rozwiały się gnane tanecznym pędem. Smukłe ciało i wydatne jak na swój wiek piersi przykuwały uwagę zebranych.
Zaraz potem, głośny gong oznajmił wszystkim nowy wątek w muzycznym tańcu.
Wielki mężczyzna z maską potwora wybiegł na środek a zaraz za nim drugi o twarzy kolorowego boga. Obaj radośnie rozpoczęli przed nią długi, niemal erotyczny taniec. Ich ciała prężyły się i wyginały we wszystkie strony. Dziewczyna nie stała biernie i też dała się ponieść temu nieziemskiemu rytmowi. Tańczyli tak we troje a reszta tancerzy pląsała wokół, obejmując ich tanecznym kręgiem. Zamaskowani tancerze chwycili dziewczynę za ręce i w rytm muzyki zaczęli przeciągaj ją to w jedną, to w druga stronę. Wreszcie, nie mogąc rozsadzić pojedynku chwycili się za bary, szarpiąc swe członki w zwinnym tańcu. Kolorowy bóg okazał się mocniejszy. Zaraz potem pozostali mężczyźni dobyli pałek i aktorskimi ruchami poczęli okładać wijącą się bestię, która legła na piaszczystej ziemi. Kilka minut później spektakl zakończył się a rozanielony Mahalok, aż wyskoczył ze swego siedliska i z otwartymi ramionami jął wołać ku sobie swoją jedynaczkę.
- Antija! Moje dziecko! ... Dzielnie wkroczyła w świat dorosłych .... .
- Od kilku lat jestem w nim, drogi ojcze. Dostojnicy, doradcy, pałacowa służba gadają tylko o polityce i sprawach państwa.
- Taka już wola bogów. Jedni rodzą się niewolnikami, inni jako królewskie dzieci.
Rozmowa trwała by zapewne dłużej, gdyby nie nawoływania dostojnych mężów pragnących omówić jakieś ważne dla królestwa sprawy. Mahalok ucałował serdecznie swą córkę i odchodząc rzucił na pożegnanie:
- Idź! Baw się! Ta noc należy do ciebie.
Dziewczyna odwróciła się i ruszyła wolno pomiędzy rozbawione tłumy. Setki ludzi tańczyło, śpiewało i cieszyło się ze wspaniałego, nocnego święta. Piwo i wino lało się strumieniami a wielkie kawały soczystego mięsiwa znikały szybko w żoładkach rozanielonych mieszkańców.
Antija pomknęła przez gąszcz ludzkich postaci, minęła małe ceglane domy i wyraźnie podniecona skierowała się w stronę kilkunastu widocznych z oddali, wielkich drzew. Gwar i wesoły charmider zastał już za nią. Teraz tylko cichy szum palmowych liści pieścił jej zmysły, wprowadzając dziewczyną w dziwny, romantyczny nastrój. Rozejrzała się badawczo dookoła i upewniwszy się że nikt jej nie widzi wbiegła między grube pnie drzew. Nie uszła jednak daleko, bo zza jednego z nich wychyliła się nagle czyjaś ręka i silnym ruchem przyciągnęła dziewczynę w swoją stronę.
- Jesteś wreszcie – szepnął lubieżnie męski głos.
- Myślałeś, że nie przyjdę? – odpowiedziała dziewczyna, po czym nie czekając na nic rzuciła się chłopakowi na szyję, całując go czule na powitanie. – Ty wstręciuchu – dodała zaraz, po czym ponownie wtuliła się w jego ramiona i pieszcząc jego długie, czarne włosy zastygła w milczeniu.
- Widziałem cię na tańcach ...– zagadnął wreszcie chłopak - ... jak tańczyłaś z Copanem.
- I co z tego – obruszyła się – jesteś zazdrosny?
- Ja? – zaśmiał się chłopak.
- A powinieneś – przekomarzała się dziewczyna – Dotykał mnie ... W nieprzyzwoite miejsca – dodała zaraz i śmiejąc się ukazała swe białe jak śnieg zęby.
- Taaak? – zainteresował się mężczyzna – A gdzie? ... Pokaż? – wypytywał się dalej, a jego ręce poczęły wędrować po kształtnej, dziewczęcej figurze.
Lecz Antija nie mogła wytrzymać już tego napięcia i z wesołym uśmiechem rzuciła się między drzewa chichocząc i prowokując jeszcze śmielej młodego zalotnika. Ten nie kazał na siebie długo czekać. Szybkim pędem ruszył za nią i po kilku nieudanych próbach pochwycił spłoszoną niewiastę i razem legli na chłodną, trawiastą ziemię.
Odpoczywali tak jakiś czas, śmiejąc się i próbując złapać oddech, lecz kiedy ich spojrzenia spotkały się w jednym punkcie dziewczyna spoważniała i cichym głosem rzekła.
- Utanie.
- Co mój księżycu – odpowiedział chłopak.
- Musimy powiedzieć memu ojcu o naszych spotkaniach. Jest taki zapracowany. ... Nie zauważył nawet kiedy stałam się kobietą.
- Myślisz, że się nie domyśla – wtrącił Utan.
- Nie wiem. Ale zauważyłam, że od jakiegoś czasu patrzy na mnie tak jakoś dziwnie. ... Chyba nie chce mnie wydać za mąż.
- Nie pozwolę na to – rzekł frywolnie chłopak.
- Nie żartuj! To dotyczy również ciebie.
- Wybacz Antijo. Nie czuję się jeszcze na siłach by prosić mahaloka o twą rękę. Zobacz. ... Jestem nikim. ... Nie mam matki, ani ojca, majątku ani aławy. Co mogę ci ofiarować?
- Głuptasie... – wtrąciła dziewczyna - ... nie potrzebuję tego. Mam wszystko czego dusza zapragnie.
- Twój ojciec widzi to inaczej – burknał Utan.
- Nieprawda! Kocha cię jak syna.
- No właśnie! ... A czy brat może ożenić się z siostrą?
- Nie jesteśmy z jednej krwi. Miałeś swoich rodziców, a że nie dane im było żyć długo ... . Bogowie tak zdecydowali.
Chłopak wstał i przeszedł kilka kroków. W jego brązowych oczach kryło się zdenerwowanie. Jednak nie chciał tego okazać. Wstydził się.
- Gdybym chociaż był sławny jak wielki wojownik – rzekł po chwili skubiąc palcem chropowaty pień wielkiej palmy – sprytny jak tancerz lub mądry jak mędrzec .... , wtedy może ... .
- Przecież walczyłeś już w bitwach, dowodziłeś wojownikami ... .
- I co z tego!
- Musisz się przełamać – rzekła stanowczo Antija i zaraz potem podeszła ku niemu i objeła go czule w delikatnym uścisku. – Nie odmówi. ... Twój ojciec był jego przyjacielem, uratował mu życie. ... nadszedł czas by spłacił swój dług. ... A ja. ... Mam juz 17 lat i od kilku godzin mogę sama decydować o swoim losie.
- Więc ty? ...
- Co ja?
- Chcesz tego?
- Czy chcę być żoną biednego, dwudziestoletniego Utana, który nie ma nic prócz marzeń?
- Tak.
- Chcę. I wiedz, że cię kocham. ... Lecz kocham też i ojca i dopuki jestem pod jego skrzydłami, posłuszna będe jego woli. Spiesz się drogi Utanie bo w najgorsze mogę z nie swojej woli stać się żoną innego.
- Kocham cię – szepnął chłopak i już przymierzał się do pocałunku, kiedy dziewczyna twardo zapytała:.
- Obiecaj, że zrobisz to jutro.
- Obiecuję.

Król Mahalok dumny władca plemienia Wajkunów siedział na swym kamiennym tronie misternie rzeźbionym przez najlepszych mistrzów swego królestwa. Podparty na lewym ramieniu oddawał się głębokim rozmyślaniom. Rządzenie ciążyło mu, choć od małego wyrastał pośród królewskiego dworu. Liczne sprawy jego państwa zaprzątały mu umysł, lecz było coś co od jakiegoś czasu nie pozwalało mu zmróżyć oka. Nie zauważył nawet jak do niewielkiej sali wszedł jeden z jego kapłanów. Człowiek pokłonił się dostojnie, lecz król w zamyśleniu nawet nie zauważył tego gestu.
- Święty Ojcze. … przybyli xibalscy Strażnicy.
Dźwięczny głos obudził Mahaloka, który przybrawszy bardziej dostojną pozę odparł od niechcenia:
- Prosić.
Do sali weszło kilkunastu mężczyzn z których dwóch wyraźnie wyróżniało się spośród reszty orszaku. Pierwszy niewysoki, wystrojony odświętnie w długi, bogato zdobiony płaszcz z jaskrawokolorowymi pióramizdobiącymi jego głowę. Miał orli nos i małe oczy, które spoglądały pewnie przed siebie. Drugi większy i szczuplejszy w czarnej tunice i czarnym płaszczu wyglądał jak mroczny bóg śmierci. Za nimi szło dwóch mężczyzn, z których jeden trzymał w rękach proporzec, który Mahalok znał i nienawidził zarazem- „oko” Xibala.
- Niech bogowie ześlą radość i szczęście na Twoje oblicze królu Wajkunów. … Pozdrawia Cię Talok, z ludu Xibala- Strażnik Pokoju.
- Witaj - rzekł król, wskazując mu prawicą miejsce spoczynku, tuż obok swego tronu.
Mahalok zgodnie z królewską etykietą uściskał grzecznie przybyłego gościa poczym już nieco chłodniej zwrócił się ku drugiemu, odzianemu w czerń mężczyźnie.
- Dostojny Ubar, Strażnik Tradycji. … Jakże szybko minął czas. Wejdź i spocznik proszę po mej lewicy.
- Przyworzę Ci pozdrowienia od mego pana, Wielkiego Syna Słońca- Tunaka – rzekł sucho tamten.
Chwilę potem rozsiadł się wygodnie na miejscu wskazanym przez władcę. Wnet słudzy Mahaloka pradawnym obyczajem poczęli częstować gości jadłem i napitkiem, których to zresztą nigdy nie odmawiali będąc u niego w gościnie.
- Miło widzieć Cię w dobrym zdrowiu, Przyjacielu. Widzę iż czas oszczędził Twoje królewskie oblicze. Nie zmieniłeś się od czasu kiedym tu był ostatnio. Tak … to już rok. Mamy sobie dużo do opowiedzenia. ….
- Słyszałeś wieści – zagadnął niespodziewanie Talok, przełykając kolejny kęs smacznego, soczystego owocu.
- Tak – zdawkowo odparł król. – Pan Umarłych znów zszedł na ziemię. Armia Lamaka rozgromiła potężnego Akabasa.
- Wielki król północy jako pies leży teraz u stóp naszego pana – przechwalał się Talok.
- Nie chciał przystąpić do Ligii? – zapytał delikatnie Mahalok.
- Nowy władca zrobi to bez szemrania … szczęśliwiec – zakpił Strażnik Pokoju, przechylając do dna pozłacany puchar napełniony po brzegi słodkim napojem.
Przez chwilę zapanowała cisza przerywana tylko wesołym pomlaskiwaniem jedzącego łapczywie Taloka. Król Mahalok siedział cicho, jednak po chwili spokój ten przerwał dziwny monolog Ubara.
- Przedziwną jest dla mnie sprawą, drogi Mahaloku to, iż tak wiele ludów woli zniknąć z kart historii aniżeli poddać się losowi i żyć dalej u naszego boku i wspólnie nosić boską naukę w najodleglejsze zakątki świata.
- Nie każdy widzi dobro w postępowaniu czcigodnego Tunaka – rzekł odważnie Mahalok.
- A ty widzisz? – zapytał przenikliwie Ubar.
Król nie odpowiedział nic. Spojrzał głęboko w oczy strażnika i zdawało się zaraz, że zaraz wywiąże się z tego spora sprzeczka. Na szczęści nieświadomy niczego Talok zajęty wciąż pałaszowaniem owoców zagadnął przerywając napięcie.
- Prawdę rzeczesz przyjacielu. Na świecie pełno jest lenników uległych naszemu panu, lecz wielu z nich potajemnie knuje intrygi i rozsiewa ziarna nienawiści w sercach swych poddanych … .
- Wczoraj Anu, dziś Akabas, jutro … być może ty, dostojny Mahaloku – przerwał tamtemu Ubar.
- Wajkunowie wypełniają przyrzeczenia zawarte w traktatach. Mass Masur jest wierne sojuszowi i Lidze – wzburzył się Mahalok.
- Wiemy o tym i … ufamy tobie – pochwalił go Ubar - … lecz Akabas i Anu którego już rok nie ma na tym świecie mówili to samo. Dlatego zostali wezwani przed oblicze Pana Umarłych.
- Zabrano wielkiego wodza, który był mi bratem – zainteresował się król. – O śmierci Anu też mówią coś innego.
- Jesteśmy tylko narzędziami w rękach bogów – ciągnął Strażnik Pokoju – ich wola jest święta. Musi być ktoś, kto bezsprzecznie wykona ich polecenia.
- I to wy jesteście wykonawcami boskich nakazów? – zapytał król.
Szmer i ciche szepty przebiegły wtenczas pośród dostojników Mahaloka zgromadzonych w jego komnacie. Talok zrozumiał uszczypliwą uwagę, głosno wypluł resztki pożywienia na wyłożoną marmurowymi kamieniami podłogę.
Wtedy do rozmowy dołączył Ubar próbując zręcznie rozładować zaistniałe napięcie.
- Wybacz słowa mojego przyjaciela Wielki królu Wajkunów są nieroztropne. Lata spędzone daleko od domu nadwyrężyły jego umysł. .. Są rzeczy które my zwykli śmiertelnicy nie jesteśmy w stanie ogarnąć naszymi głowami.
- Prawdziwym jest jednak to, że bogowie szczególnie upodobali sobie nas … Xibala, abyśmy tu na ziemi w ich imieniu sprawowali ład i pożądek – rzekł cicho.
- Czyżby? – zafrasował się król.
- Słoneczny Pan zauroczony potęgą naszego ludu w cielesnej postaci zszedł z wysokiego nieboskłonu i zamieszkał w naszym wspaniałym mieście. Teraz to jego siedziba. Miasto boga. On strzeże nas lecz w zamian oczekuje od nas pewnych ustępstw i bezwzględnego posłuszeństwa.
- Nam joko pierwszym dane było poznalić boskie znaki, którymi bogowie mówią do nas – włączył się Ubar. - Dzień w dzień osobiście nawiedzają Wierzę Spotkań. Słyszą ich Strażnicy Słowa - Ciemni Starcy, a Jednooki Tunak , Pan o Dwóch Twarzach i cały lud Xibala wypełniają ich wolę. … Nie należy lekceważyć boskich postanowień.
- Nawet jeśli sieją śmierć i zniszczenie – odrzekł król zwracajac się wprost do czarnopiórego posła.
- Dobry gospodarz poświęca niekiedy jedna chorą świnię, aby ratować całe stado – skwitował tamten.
- Dlatego Anu musiał umrzeć! – rzekł król wstając z kamiennego tronu wyraźnie poruszony.
- Sprzeciwił się bogom, musiał umrzeć! – wtrącił niespodziewanie Talok.
- Jakże wysoko podnosicie czoło. … Wy, … którzy czerpiecie siłę z niedoli innych. Pomiatacie ludami jak wiatr trzcinowym polem … .
- Prawo jest po naszej stronie – rzekł głośno Ubar.
- Anu był mi przyjacielem i bratem ….
- Anu, Anu – żartował Ubar …- Czas uleczy Twą duszę. … Za rok, kiedy przybędę ponownie nikt nie będzie pamietał tego imienia.
- Mylisz się Ubarze. Choć królestwo brata mego upadło, pamięć o nim i jego dokonaniach trwac będzie wiecznie.
- Obym nie doczekał tej chwili.- rzekł Strażnik Pokoju.
- Od kilku dni synowie i córki boskiego Anu przybywają z zachodu niosąc na ustach świadectwa zbrodni i gwałtów których dopuściliście się na bezbronnych. Podobno dzieją się tam straszne rzeczy? – rzekł pan Wajkunów.
- To nie nasza sprawa – obruszył się Ubar. – Palatuapi ma swojego władcę. Do niego kieruj swe żale.
- Tak – dołączył ponownie Talok. - Nie ufaj słowom. Mogą nieść kłamstwo.
- Bzdura.- wrzasnął Mahalok - Wierzę im.
- To buntownicy! Pragną zemsty. Mają nieczyste sumienia i kąśliwe języki. Odpraw ich czym prędzej bo gotowi będą zasiać nienawiść w sercach twych poddanych.
- To pachnie buntem.
- Nasz pan nie byłby zadowolony z takiego posunięcia – przekrzykiwali się na przemian strażnicy.
Ubar zirytowany podniósł się z miejsca, trącając służących, którzy wnet pogubili dzbany i kubki trzymane w rękach. Wyraźnie zaczęła go drażnić ta rozmowa, która dość nieoczekiwanie przestał być dla niego przyjemna. Zdecydował więc że opuści pałacową komnatę. Przeszedł kilka w stronę wyjścia, lecz zaraz odwrócił się gwałtownie na pięcie i z posiniałą ze złości twarzą rzekł:
- To nie koniec! … Mój pan przesyła ci podarunek. Zachowam go jednak do świtu.
Zaraz po tym zawołał na siedzącego jeszcze Taloka. Strażnik Pokoju wstał i otrzepując kaftan z okruchów i owocowych skórek ruszył wślad za towarzyszem.
- Jutro Twoja próba Mahaloku! – dorzucił na porzegnanie Ubar. - … Święto Lamaka już blisko.
Król posmutniał. Wiedział czym było to święto. Jak co roku będzie musiał złożyć słonecznemu bogu Xibala dziesięciu młodych mężczyzn i dziesięć młodych kobiet na ofiarę, wybranych pośród swych poddanych. Wiedział, że gdyby tego nie zrobił podzieliłby los króla Anu.
Brak komentarzy
Prześlij komentarz